W maju 2026 roku grupa wpływowych niemieckich ekspertów, wśród nich René Obermann, Moritz Schularick, Thomas Enders i Jeannette zu Fürstenberg, opublikowała raport, który trafnie oddaje ambicje Berlina w erze drugiej kadencji Donalda Trumpa i rosnącego sceptycyzmu wobec amerykańskiego parasola bezpieczeństwa. Dokument zatytułowany „Droga do europejskiej autonomii obronnej” to nie abstrakcyjna deklaracja, lecz precyzyjny plan pokonania krytycznych zależności od Stanów Zjednoczonych w całym łańcuchu wojskowym, od chmury po satelity, precyzyjne uderzenia i obronę powietrzną
Owa suwerenność będzie kosztowała około 500 miliardów euro w ciągu dekady, z czego 150-200 miliardów do 2030 roku.
Amerykańskie systemy dowodzenia, satelity Starlink, GPS, oprogramowanie do analizy danych, myśliwce szóstej generacji i zdolności do precyzyjnego uderzenia na duże odległości tworzą sieć, bez której żaden europejski konflikt nie byłby możliwy do prowadzenia. Nawet po Zeitenwende kanclerza Scholza i potrojeniu niemieckiego budżetu obronnego do poziomu ponad 160 miliardów euro rocznie do 2029 roku, zamówienia wojskowe nadal idą w dużej mierze do amerykańskich dostawców. Autorzy raportu proponują radykalną zmianę, aby zbudować w ciągu 3-5 lat znaczące zdolności autonomiczne, a w 5-10 lat osiągnąć „szeroką autonomię” w większości sektorów obronnych. Klucz to nie pieniądze, bo te są zdaniem ekspertów dostępne, lecz polityczna wola, koordynacja przemysłu i zerwanie z fragmentacją, która sprawia, że Europa dostaje 30-40 procent mniej zdolności bojowych za każdego wydanego euro niż scentralizowany gracz typu USA.
Jądrem planów niemieckiej analizy jest budowa europejskiego systemu dowodzenia odpornego na zakłócenia zdecentralizowanego, opartego na własnej chmurze wojskowej, sztucznej inteligencji i integracji danych z satelitów, dronów i sensorów naziemnych. Niemcy mają wykorzystać doświadczenie z ukraińskiego systemu Delta jako wzór, ale z suwerennymi warstwami kryptografii i klasyfikacji. Równolegle ma ruszyć masowa produkcja autonomicznych systemów, np. milionów dronów, amunicji krążącej, bezzałogowych pojazdów lądowych i morskich rocznie. Niemiecka branża motoryzacyjna i stoczniowa, zdaniem autorów, jest w stanie w ciągu kilku lat skalować produkcję okrętów, zwłaszcza do ochrony infrastruktury krytycznej na Bałtyku i Morzu Północnym. W ocenie naukowców to niemieckie państwo zapłaci za gotowość wojenną pieniędzmi podatnika.
Kolejny filar samodzielności to zdolności uderzeniowe na dużą odległość. A to nie tylko myśliwce szóstej generacji (FCAS i jego następcy), ale przede wszystkim naziemne systemy precyzyjnego rażenia marszowe, balistyczne i hipersoniczne wolne od amerykańskiej kontroli eksportu ITAR. Autorzy podkreślają, że Rosja dysponuje całym spektrum takich narzędzi, wiec Europa musi odpowiedzieć własnym arsenałem, który przełamie zintegrowaną obronę powietrzną przeciwnika. Obrona przeciwlotnicza ma zostać zbudowana warstwowo. Od tanich systemów do zwalczania dronów, przez IRIS-T i SAMP/T skalowane do masowej produkcji, po zaawansowane lasery i systemy kierowanej energii. Satelity, komunikacja i nawigacja to osobny rozdział i Niemcy chcą stworzyć europejskiego „Starlinka” (IRIS² przyspieszonego i uproszczonego), własnej konstelacji SAR do rozpoznania oraz systemu PNT niezależnego od GPS.
Do tego dochodzi transport strategiczny, zaopatrzenie medyczne w warunkach CBRN oraz pełna zdolność do elektronicznej walki i SEAD/DEAD - czyli oślepiania i niszczenia wrogich radarów i systemów obrony powietrznej. Całość ma być realizowana w formacie „koalicji chętnych” z Niemcami, Francją, Polską i Wielką Brytanią, co pochłonie razem 0,25 procent unijnego PKB rocznie, kwota, którą raport porównuje z programem NextGeneration EU po pandemii, czyli całym KPO.
Lecz im głębiej analiza ta wchodzi w szczegóły, tym wyraźniejsze stają się pęknięcia.
Niemcy są energetycznie uzależnione od amerykańskiego LNG, technologicznie od chmur i oprogramowania wielkich amerykańskich firm, a handlowo od rynku USA jako kluczowego partnera eksportowego. Próba de-riskingu od Rosji zamieniła w ich perspektywie jedną zależność na drugą. Budowa autonomii obronnej może paradoksalnie przyspieszyć amerykańskie wycofanie się z Europy, co Trump już sygnalizuje. Raport milczy o nuklearnym wymiarze - świadomie, bo temat jest politycznie toksyczny - ale bez własnego lub wiarygodnego francusko-brytyjskiego parasola nuklearnego konwencjonalna autonomia jest niepełna.
Plan z maja 2026 to nie rozwód z Waszyngtonem, lecz raczej próba renegocjacji małżeństwa. Sukces zależy nie od niemieckich miliardów, lecz od tego, czy Berlin zdoła przekonać partnerów i własne społeczeństwo, że era taniego bezpieczeństwa pod amerykańskim parasolem definitywnie się skończyła. Jak dotąd historia pokazuje, że Niemcy są mistrzami w deklaracjach, ale słabymi w ich konsekwentnej realizacji.
Dla Polski niemieckie plany budowy „europejskiej autonomii strategicznej” oznaczają zarówno szansę na większe inwestycje w bezpieczeństwo Europy, jak i poważne ryzyko polityczne. Warszawa od lat opiera swoje bezpieczeństwo przede wszystkim na ścisłym sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi i obecności wojsk USA na wschodniej flance NATO. Tymczasem część niemieckich elit coraz wyraźniej mówi o potrzebie ograniczenia zależności od Waszyngtonu.
Z perspektywy Polski amerykańska obecność wojskowa pozostaje najważniejszym elementem odstraszania Rosji. To USA dysponują największym potencjałem militarnym NATO, technologiami strategicznymi oraz parasolem nuklearnym. Ewentualne osłabienie relacji transatlantyckich mogłoby zwiększyć niepewność bezpieczeństwa w Europie Środkowo-Wschodniej.
Dlatego część polskich ekspertów i polityków sceptycznie podchodzi do koncepcji budowania europejskiej autonomii kosztem współpracy z USA.
Niemcy chcą stać się głównym centrum europejskiej obronności - zarówno militarnie, jak i przemysłowo. Oznaczałoby to większy wpływ Berlina na:
W Polsce pojawiają się obawy, że dominacja Niemiec mogłaby prowadzić do marginalizacji interesów państw wschodniej flanki NATO. Szczególnie że Berlin przez lata prowadził bardziej ostrożną politykę wobec Rosji i był krytykowany za uzależnienie energetyczne od Moskwy.