Działania są najlepszym oświadczeniem politycznym.

Dzisiaj chcę wyznaczyć pewną sprawę spokojnie i na chłodno, ponieważ wokół niej nagromadziło się wiele emocji, a emocje rzadko bywają dobrym doradcą. Mówię o polskiej pamięci historycznej i o tym, czego mamy prawo żądać od naszych sąsiadów, w tym od Kijowa. Moim zdaniem tę sprawę trzeba podzielić na kilka poziomów, ponieważ na każdym z nich obowiązuje inna logika. Pierwszy poziom jest najbardziej fundamentalny - to po prostu prawda historyczna. Mamy w pełni uzasadniony interes, jako Polska i jako Polacy, by domagać się poszanowania pamięci naszych ofiar. A mówimy tu o prawie dwustu tysiącach ludzi. To nie jest kwestia bieżącej polityki, to kwestia elementarnej przyzwoitości.

Pierwszy poziom, czyli podstawowe zasady dyplomacji.

Poniższy przykład nie jest w żadnym wypadku analogią ani porównaniem. Jest jednak całkiem oczywiste, że gdybyśmy w Polsce urządzali wielkie, oficjalne obchody ku czci generała Żeligowskiego, odbiłoby się to szkodliwie na naszych stosunkach dyplomatycznych z Litwą.

Generał Żeligowski jest dla nas, Polaków, postacią wyjątkową z powodu zajęcia dla nas Wilna. Zrobił to poprzez swój słynny bunt, dosłownie dwa dni po tym, gdy Polska podpisała z Litwą umowę międzynarodową w 1920 roku. Dla nas Żeligowski jest bohaterem. Ale spójrzmy na to litewskimi oczami. Dla nich był tym, który wbił im nóż w plecy, bo zajął środkową Litwę, cały obwód wileński wraz z jego stolicą. I co my przez dziesięciolecia z tym zwycięstwem robiliśmy? Zachowaliśmy ogromną powściągliwość. Wynika ona z tego, że Polska chce mieć z Litwą dobre, oparte na szacunku relacje. Takie są reguły dyplomacji i to one stanowią tło dla pełnej szacunku współpracy między państwami.

Niestety, prezydent Zełenski albo tych reguł nie zna, albo wierzy, że Ukraina, mimo bardzo niepewnej przyszłości, stoi ponad swoimi europejskimi partnerami i może prowadzić politykę zagraniczną z pozycji siły. Przynajmniej wobec Polski. Zamanifestował to w najbardziej skandaliczny sposób, nadając elitarnej jednostce ukraińskich sił specjalnych honorową nazwę odwołującą się do Bohaterów UPA, czyli do tej samej Ukraińskiej Powstańczej Armii, którą polski Sejm uznał za współodpowiedzialną za ludobójstwo dokonane na Polakach. Jeśli ukraińska formacja wojskowa ma nosić imię symbolu rzezi wołyńskiej, to jest to policzek wymierzony w Polskę i jej obywateli, a przede wszystkim polskich ofiar tej rzezi. Taki brak równowagi w stosunkach polsko-ukraińskich wymaga ze strony Polski szybkiej odpowiedzi. I to nie tylko dyplomatycznej.

Drugi poziom, czyli nasza polityka wewnętrzna.

Prezydent Karol Nawrocki zainicjował procedurę odebrania Zełenskiemu Orderu Orła Białego i wniósł tę sprawę pod obrady kapituły orderu, która ma się zebrać 8 czerwca. Trzeba jednak pamiętać o jednej rzeczy - takiej procedury nie da się domknąć bez kontrasygnaty premiera. Lwia część polskiej opinii publicznej zdecydowanie opowiada się za odebraniem odznaczenia, ale dopóki premier nie złoży podpisu, order formalnie pozostaje. A to stawia premiera Tuska w wyjątkowo niezręcznym położeniu. Z jednej strony trudno mu otwarcie przyłączyć się do tej decyzji, bo zainicjował ją prezydent - jego polityczny rywal. Z drugiej strony, nie stawiając oporu, najpewniej straci poparcie własnego elektoratu.

Trzeci poziom, czyli twarda gra o Ukrainę.

Trzeci poziom jest dla mnie najważniejszy, bo to jest realna gra o przyszłość. W interesie Polski leży - i mówię to bez cienia wątpliwości - żeby Ukraina, w jakiejkolwiek formie zbliżenia z Unią Europejską, została najpierw jednak ucywilizowana. Bez kultu Bandery, nazywając rzecz po imieniu, i bez tego ogromnego poziomu korupcji, który trzeba powoli, krok po kroku eliminować. I to jest granica, której przekroczyć nie wolno przy pozwoleniu na jakiekolwiek zbliżenie Ukrainy do UE.

My, jako państwo polskie, nie możemy w żaden sposób usankcjonować budowania ukraińskiej tożsamości narodowej na kulcie ludzi odpowiedzialnych za rzeź wołyńską. To jest dla nas absolutnie nie do przyjęcia. Pamięć o Wołyniu jest dla nas święta i w tej jednej sprawie musimy być twardzi. Dlatego samą inicjatywę prezydenta Karola Nawrockiego, by odebrać to odznaczenie, uważam za w pełni słuszną.

Mocno, ale mądrze

Mocno, ale jednocześnie mądrze. Bo nie wolno nam własną stanowczością wepchnąć Ukrainy z powrotem w ramiona Moskwy, a to ryzyko jest jak najbardziej realne. Zostaje nam zatem bardzo wąska ścieżka, po której musimy się poruszać i właśnie dlatego potrzeba tu chłodnej głowy, a nie emocji. Stąd pytanie - co możemy zrobić? Jak słusznie zauważyła moja koleżanka Aleksandra Fedorska, jasne jest, że Polska nie odzyska właściwej równowagi w relacjach z Ukrainą za pomocą samych dyplomatycznych oświadczeń. Polska administracja i obywatele powinni sięgnąć po praktyczne, w pełni legalne narzędzia wymierzone w rozległą szarą strefę, w której działają niektóre ukraińskie podmioty handlowe w Polsce. Chodzi między innymi o skuteczną kontrolę wątpliwych praktyk imigracyjnych, a w szczególności przywozu i tranzytu towarów, które nie zostały należycie zbadane przez polski urząd celny i właściwe służby.

W naszych reakcjach powinna obowiązywać jedna generalna zasada - w sprawach militarnych pomagamy jak dotychczas, udostępniając własną przestrzeń i terytorium, a w całej reszcie twardo żądamy spełnienia naszych warunków. A prezydent Zełenski niech od dziś znajdzie sobie do latania po świecie inne lotnisko niż Rzeszów.

W tym tekście opieram się na faktach historycznych dotyczących zajęcia Wilna w 1920 roku, na ustaleniach Instytutu Pamięci Narodowej oraz na uchwale Sejmu Rzeczypospolitej z 22 lipca 2016 roku uznającej rzeź wołyńską za ludobójstwo, na konstytucyjnych zasadach nadawania i odbierania Orderu Orła Białego, a także na bieżących doniesieniach polskich i międzynarodowych mediów z przełomu maja i czerwca 2026 roku dotyczących nadania ukraińskiej jednostce nazwy odwołującej się do UPA i polskiej reakcji na tę decyzję. Wszystkie zawarte tu oceny polityczne są moją osobistą opinią.