Nadchodzące wybory na Węgrzech stały się dla Brukseli i Berlina poligonem doświadczalnym nowej, bezwzględnej polityki „warunkowości”. Unijne elity przestały już nawet udawać bezstronność, a publikowane raporty – m.in. przez Fundację Bertelsmanna – brzmią jak gotowy plan pacyfikacji niepokornego państwa członkowskiego.

Starcie między Viktorem Orbánem a wschodzącą gwiazdą opozycji, Péterem Magyarem z partii Tisza, jest dla unijnych decydentów nie tylko walką wyborczą, ale kwestią politycznego być albo nie być dla ich wizji zintegrowanej Europy. Jak wynika z raportu Bertelsmanna, Bruksela przygotowała dwa scenariusze, ale oba sprowadzają się do jednego: trzymania Węgier na bardzo krótkiej smyczy.

W przypadku zwycięstwa Orbána – zgodnie z raportem Fundacji Bertelsmanna – należy spodziewać się „Eurosclerozy 2.0” i dalszej radykalizacji Budapesztu. Propozycja Berlina jest brutalnie prosta: kontynuować blokadę 19 miliardów euro, używać procedury z art. 7 jako bata i traktować środki z programu SAFE jako lewar w negocjacjach.

Strategia ta zakłada maksymalną presję i wypchnięcie Orbána na margines decyzyjny, przy jednoczesnym zmuszaniu go do „konstruktywnego wstrzymywania się od głosu” – nawet za cenę politycznych upokorzeń w rodzaju słynnej „darmowej kawy” podczas szczytów, by nie blokował pomocy dla Ukrainy. To czysty makiawelizm, w którym fundusze unijne stają się narzędziem politycznego szantażu, mającego złamać kręgosłup suwerennej polityki Budapesztu.

Jeszcze bardziej cynicznie wygląda scenariusz zwycięstwa opozycji. Z analizy Bertelsmanna wynika, że nawet jeśli Péter Magyar przejmie władzę, Węgry i tak zostaną uznane za „państwo Frankensteina” – pełne lojalistów poprzedniego reżimu i strukturalnych zaszłości.

Bruksela nie zamierza jednak dać nowemu rządowi kredytu zaufania. Pieniądze miałyby płynąć „kropelka po kropelce”, w zamian za natychmiastowe zrzeczenie się prawa weta i zgodę na przejście do głosowania większościowego. To pułapka: nowy rząd miałby zostać „wciągnięty do głównego nurtu” za cenę utraty suwerenności, pozostając jednocześnie pod nieustannym nadzorem unijnych kontrolerów.

Niezależnie od tego, kto wygra wybory, Berlin i Bruksela już uszyły dla Węgier polityczny kaftan bezpieczeństwa. Przekaz jest jasny: w dzisiejszej Unii demokracja jest dobra tylko wtedy, gdy jej wynik zgadza się z instrukcją obsługi napisaną w Berlinie.