Przez cały miniony tydzień żyliśmy wielkim szumem informacyjnym wokół amerykańskich żołnierzy. Kto chce widzieć w tym bałagan - niech widzi. Ja proponuję ułożyć fakty w kolejności. Wtedy widać nie chaos, lecz precyzyjną rozgrywkę.
Najpierw miała nastąpić opóźniona rotacja i wycofanie 4 tysięcy amerykańskich żołnierzy z Polski. Potem okazało się, że jednak przylatuje 5 tysięcy, przy 4 tysiącach odlatujących - saldo wychodzi na plus tysiąc. Na koniec głos zabrał sam prezydent Trump, jako najwyższa instancja. Łatwo było uznać, że w strukturach najsilniejszego państwa świata panuje zwykły bałagan. Otóż nie. Zostawmy te prozaiczne, populistyczne teorie na boku i nie podniecajmy się nimi. Jeśli ułożymy fakty we właściwej kolejności, zobaczymy rozgrywkę, a w niej Polskę jako głównego beneficjenta.
Cofnijmy się o miesiąc, parasol, którego Ameryka nie chciała.
Miesiąc temu do Gdańska przyleciał prezydent Macron. Podpisano wtedy między innymi wspólną polsko-francuską umowę obronną, którą de facto otwierały wspólne ćwiczenia lotnicze z udziałem maszyn zdolnych do przenoszenia ładunków jądrowych. Nazwaliśmy to francuskim parasolem atomowym. Na analogiczne ćwiczenia umówiły się Niemcy. Wszystko to działo się w ramach budowania tak zwanej strategicznej niezależności Europy.
Tyle że my, Polacy, wiemy najlepiej, co Europa potrafi wyczynić, przeżyliśmy Nord Stream. A Stany Zjednoczone właśnie przeżyły lekcję o nazwie Iran i zobaczyły, jak bardzo „chętna” do pomocy swojemu najważniejszemu sojusznikowi bywa Europa.
Naciski na Kijów
W tym samym czasie w Niemczech, na co zwracała uwagę Aleksandra Fedorska, pojawiły się teksty, choćby we „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, mocno uderzające w Ukrainę i podważające sens jej dalszego finansowania. Taurusy nie pojechały. Wróciła też cała seria kompromatów na prezydenta Zełenskiego - materiałów sprzed dobrych kilku lat, dziś nagle wyciąganych na powierzchnię.
Po co? Stawiam tezę: po to, by zmusić Zełenskiego by usiadł do stołu rokowań i zakończył wojnę z Rosją, z akceptacją własnych strat terytorialnych. I robi to Europa, robią to Niemcy w momencie, gdy Ukraina ma względnie stabilny front i realne sukcesy: codziennie czytamy o uderzeniach w rafinerie, porty, przepompownie gazu, składy amunicji.
Dlaczego Europie tak na tym zależy? Bo żeby być niezależnym strategicznie, trzeba mieć armię, a świat nie będzie czekał aż Europa swoją zbuduje. Niemcy czwarty rok nie potrafią postawić jednej brygady na Litwie; najpierw miała być niemiecka, potem zrobiła się międzynarodowa, a i tak jej nie ma. Europie potrzebna jest więc armia ukraińska. A żeby z niej skorzystać, Ukraina musi mieć pokój z Rosją. Stąd nacisk na Kijów. Ameryka odpowiedziała po swojemu, uruchomiła kolejny pakiet pomocowy, żeby Zełenski miał siłę powiedzieć Europie „nie”. Bo to święte prawo Ukrainy: to ona poniosła koszt krwi i to ona ma decydować, kiedy i na jakich warunkach tę wojnę zakończy.
Sygnał do Berlina, tomahawków nie będzie.
W zeszłym tygodniu Niemcy usłyszały, że obiecane rakiety średniego zasięgu, tomahawki, latające na 2000 km jednak do nich nie trafią. I to jest fakt nieporównanie ważniejszy niż przesunięcie pięciu tysięcy żołnierzy.
Amerykanów w Niemczech jest 39 tysięcy. Pięć tysięcy w tę czy w tamtą stronę niczego nie zmienia. Ramstein jak istniał, tak będzie istniał, bo to baza zbyt duża i zbyt zrośnięta z Niemcami, ze szpitalami, szkołami, całymi osiedlami, by ktokolwiek poważnie myślał o jej likwidacji. Ale brak tomahawków tworzy w niemieckim systemie bezpieczeństwa lukę, której Berlin nie zastąpi niczym. I Niemcy doskonale o tym wiedzą.
Telefon Merza i lot wiceministrów.
Do Polski popłynął komunikat sugerujący, że w amerykańskiej administracji panuje totalny bałagan: co innego mówi Hegseth, co innego Rubio, co innego mówił kiedyś Trump, który teraz milczy. W zeszły piątek rano nasz Sztab Generalny odebrał wiadomość. Tego samego piątku Trump wracał z Pekinu i zdenerwowany Merz do niego dzwonił.
Merz dzwonił w piątek, a już w poniedziałek rano dwaj nasi wiceministrowie - obrony lecieli do Waszyngtonu. Oficjalnie nie wiedzieliśmy jeszcze niczego. Stawiam tezę, że Merz powiedział Trumpowi mniej więcej tyle: żadnego francuskiego parasola atomowego nie będzie, nie chcemy go; chcemy budować armię konwencjonalną i brać większą odpowiedzialność za bezpieczeństwo Europy w tym wymiarze i wiemy, kto jest hegemonem. I nie tylko my, Niemcy to wiemy; Polska potwierdzi to w poniedziałek.
W środę ukazał się jasny komunikat choć wciąż z furtką. Bo Amerykanie wiedzą, że niemieckie deklaracje bywają warte tyle, co psu na budę. Czekają więc na konkretne ruchy potwierdzające przynależność do drużyny transatlantyckiej a nie budowanie osi z Francją i docelowo z Rosją, czyli interesów kontynentalnych.
Polska jako piwot
W tej układance Polska jest narzędziem Ameryki i mówię to bez urazy, bo to dla nas dobra wiadomość. To właśnie całemu pomostowi bałtycko-czarnomorskiemu Ameryka daje dziś szansę rozwoju.
Każde 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy robi u nas realną różnicę. Mamy ich dziś 10 tysięcy - kolejne 5 tysięcy to o 50 procent więcej, o połowę większa gwarancja bezpieczeństwa. Bo nikt nie zaatakuje Polski, dopóki są tu Amerykanie. To trzeba powiedzieć wprost.
Wszystko wskazuje, że mówimy o komponencie pancernym. Wycofanie brygady pancernej z Niemiec do Stanów to nie tylko koszt transportu, ale i bardzo specyficzne przepisy fitosanitarne jak dezynsekcja, dezynfekcja, ochrona przed europejskimi mikrobami i robactwem. Koszty olbrzymie. Przeniesienie tego sprzętu do Polski jest po prostu naturalne. Słyszałem zresztą, że przerzut już się zaczął i został wstrzymany jedynie na czas tej politycznej rozgrywki. Wiemy o przygotowaniach bazy w Żaganiu i o planach natowskich rurociągów do niej ciągnionych. Pięć tysięcy to akurat brygada pancerna: zamiast polecieć do Ameryki, sprzęt trafi do nas. Żołnierze być może się wymienią to się okaże.
Tusk i pamięć złotej rybki.
Myślę, że Donald Tusk doskonale to wszystko wie i równie skutecznie udaje, że nie wie. Dziś cieszy się z decyzji prezydenta Trumpa. Ale pamiętamy 4 maja, gdy deklarował, że nigdy nie zgodzi się, byśmy „podbierali” Niemcom tych pięć tysięcy amerykańskich żołnierzy. Dla nas każde pięć tysięcy to konkretny przyrost bezpieczeństwa - a premier nabawił się akurat pamięci złotej rybki. Cóż, taki już jest.
Szersza gra czyli Białoruś, potas i polskie porty.
Cały ten komunikat został dodatkowo wzmocniony wydarzeniami na wschodzie: zmianą rządu na Łotwie, ewakuacją litewskiego parlamentu z Wilna przed zbliżającym się atakiem dronowym i zamknięciem wileńskiego lotniska, wreszcie kończącymi się właśnie ćwiczeniami sił jądrowych na Białorusi. Napięcie budowano starannie i rozumiem, że zarówno Merz, jak i Tusk byli temu ciśnieniu poddawani.
A jednocześnie dzieje się coś, co warto zapamiętać: jesteśmy świadkami zbliżenia amerykańsko-białoruskiego. Zaczęło się rok temu, gdy Amerykanie pojawili się jako obserwatorzy na ćwiczeniach Zapad, nas wtedy zabrakło, na co głośno zwracałem uwagę. Potem przyszły gesty dobrej woli Łukaszenki, choćby uwolnienie Andrzeja Poczobuta. Dziś chodzą słuchy, że Amerykanie są bliscy wejścia kapitałowego w jedno ze złóż soli potasowej w okolicach Soligorska, to miliony ton na eksport, a świat czeka, bo przez sytuację w Zatoce Perskiej robi się krucho z nawozami, a sól potasowa to czysty nawóz.
I tu otwiera się okno dla polskich portów. Białoruś nie ma dostępu do morza; o obsługę tego ładunku będziemy konkurować z litewską Kłajpedą. To naprawdę grube pieniądze i ten wyścig warto wygrać. Panie premierze Tusk, oto zadanie dla pana na najbliższe tygodnie: doprowadzić do zdjęcia sankcji w tym zakresie. Mówił pan kiedyś, że nikt pana nie ogra. Dajemy panu kolejną szansę.
Na zimno
Spójrzmy na to bez emocji naszej polsko-polskiej wojenki. Gra toczy się o coś znacznie większego niż wynik najbliższych wyborów, teraz decyduje się przyszłość całego regionu, a może i całej Europy. I to my jesteśmy w niej piwotem. Po wielkich zakrętach wszystko zaczyna się układać: i Polska, i Niemcy skorygowały kurs, realizowana jest linia amerykańska. I bardzo dobrze, bo nie widzę dziś lepszego źródła bezpieczeństwa, na którym moglibyśmy się oprzeć. Pod warunkiem, że równolegle robimy wszystko, by budować również własne zdolności.
Jest też temat, przed którym nie uciekniemy: pobór. Stawiam tezę, że ktokolwiek wygra najbliższe wybory, zaraz po nich, w imię odpowiedzialności za państwo, choć kosztem własnych notowań, pobór przywróci. Niemcy właśnie spróbowały i dostały demonstracje na ulicach. A dziś do Polski przyleciały F-35. Doczekaliśmy się. To był dobry dzień.